Emerald city

Ostatnio z moich drutów schodziła sama drobnica: skarpetki i mitenki z celtycką plecionką. Druty, z których te rzeczy schodziły, również nie należały do najgrubszych - bo miały zawrotne 2 mm i cały czas dziwię się, że jeszcze ich nie połamałam (druty są drewniane). 

Na tą chwilę tą konkretną celtycką plecionkę robię z pamięci, a po zrobieniu kciuka stwierdziłam, że dlaczego by nie pociągnąć tematu dalej i dorobić kolejnych 4 palców. A żeby choć trochę zwiększyć poziom trudności, kolorowy warkocz wydał się świetnym pomysłem. I tak powstały pięciopalczaste rękawiczki, które nazwałam Emerald City, nawiązując tym samym do Czarnoksiężnika z Krainy Oz, który jest jedną z moich ulubionych książek z dzieciństwa.


Okazuje się, że zrobienie rękawiczek wcale takie skomplikowane nie jest*. Kolorowy warkocz również jest bardzo prosty, jeśli tylko choć raz robiło się cokolwiek żakardem, a i myślę, że jeśli ktoś jest odważniejszy bez wcześniejszego podejścia do żakardu może sobie z tym poradzić, grunt to okiełznać dwie nitki, tak żeby bardzo się nie plątały i pamiętać, żeby miały cały czas takie samo naprężenie.

Do swoich rękawiczek jako bazę wykorzystałam dropsowego Fabela, w kolorze 115, natomiast sam warkocz to Malabrigo Sock w kolorze Candombe. Niestety w tych kilku metrach, które wykorzystałam było bardzo mało typowo szmaragdowego koloru. 
Całość bazuje na wzorze Knotty Gloves, jednak z pewnymi modyfikacjami. Oczywiście najbardziej oczywisty jest kolorowy warkocz, skróciłam również ściągacz (wg. mnie rękawiczki i tak są wystarczająco długie). Dodatkowo znaczną część rękawiczek robiłam na płasko, gdyż zależało mi na tym, żeby nie przeciągać tej niebieskiej nitki przez cały obwód rękawczki. Robótkę połączyłam do przerabiania na okrągło dopiero przed nabieraniem oczek na kciuk. Potem całość, łącznie z palcami, robiłam korzystając z magic loopa. 

I muszę przyznać, że dzierganie tych rękawiczek spodobało mi się na tyle, że już myślę o kolejnej parze, najlepiej z lekkim ażurem. Może nie będą one najpraktyczniejsze na zimę, ale jesienią i wiosną powinny być idealne. Ale zanim się za nie zabiorę muszę w końcu skończyć Peabody, o!

*Prawda jest taka, że rękawiczki robi się bardzo łatwo, a jedynym wyzwaniem jest chowanie wszystkich luźnych nitek.

Wzór kontra włóczka, włóczka kontra wzór

W swojej szafie mam całe dwa kardigany, oba w takim stanie, że pojawienie się kolejnego jest wręcz obowiązkowe. Co prawda na wieszaku wisi jeszcze jeden rozpinany sweterek (i to jest dla niego kluczowe określenie), ale zdecydowanie nie jest to sweter, w którym można mieszkać, a taki właśnie sobie wymarzyłam. 

Kupiłam włóczkę, kupiłam wzór, zrobiłam próbkę i tu niestety pojawia się problem. Włóczka, to gotlandzka wełna z Filcolany, ometkowana jako dk. Wzór White pine zakłada użycie nici typu worsted, jednak wychodząc z założenia, że między tymi grubościami nie ma aż tak drastycznej różnicy pomyślałam, że będzie ok. I było by, gdyby moje dk nie było sportem, z zakosami na fingering. Co z tego, że próbka wygląda bardzo ładnie, ale moja ilość oczek nijak ma się do tych ze wzoru - musiałabym zrobić największy rozmiar i szczerze wątpię, żeby tak zrobiony sweter posiadał jakąkolwiek foremność.
Teraz mam włóczkę, do której nie mam wzoru i wzór, do którego nie mam włóczki i jestem w zupełnej kropce. Po spędzeniu długich godzin na Ravelry wybrałam kilka schematów jednak mam wrażenie, że nie do końca będą one szły w parze z było nie było rustykalnym włóknem - przede wszystkim wszelkie ażury, a tych kilka wpadło mi w oko. I niewiele z tych wzorów spełnia również moje początkowe założenie pt. sweter do mieszkania.


Z tych kilku wzorów moje top trzy to Lace Cardigan, Praline i Reine, niestety nie jestem w stanie podjąć decyzji co do tego, który z nich jest najlepszy. A może Wy macie jakieś propozycje co do tej włóczki?